Z otchłani

Ostatnie płyty kręcące się w mojej konsoli z reguły nużyły mnie po dwóch godzinach (wyjątkiem jest ostatnie Uncharted, które skończyłem i nawet mi się podobało). Ogólnie – kryzys wiary przeżywam, w ramach rozrywek z doskoku bębnię sobie troszkę Metalikę, ale z coraz mniejszym zapałem. Pogodziłem się z tym, że nigdy już nie zagram w nic, co mnie choć trochę ruszy. Gdy WTEM.

Właśnie skończyłem Limbo - grę, która jest kolejnym dowodem na potencjał drzemiący w rynku produkcji niezależnych. W świecie, gdzie na rynku panoszą się kolejne durne klony Call of Duty, przygłupie slaszery i rolplejki na pińcet godzin (kto ma na to czas, panie?) to właśnie niezależni twórcy i ich świeże spojrzenie na temat budzą moje największe nadzieje.

Oprawa Limbo zachwyca od samego początku. Jest posępnie i mrocznie, złowrogo wręcz. Efekt osiągnięto prostymi środkami: monochromatyczna, kontrastowa grafika, bokeh przy krawędziach obrazu, trzy plany animacji (jak w superfrog, hłe hłe), szumiący filtr. Tylko tyle. No, jeszcze ambient przygrywający sobie cichutko w tle – chwilami melancholijny, chwilami wręcz groźny. Wszystko to sprawia, że ta gra straszy – i to w sposób, który kocham najbardziej: nie podskoczymy na krześle, ale przez cały czas będzie w nas narastać uczucie niepokoju.

Na temat fabuły wiadomo niewiele. Główny bohater to mały chłopiec, który budzi się w ciemnym, mglistym lesie. Nie mamy żadnego intro, nie wiemy skąd się tam wzięliśmy – autorzy dali tylko do zrozumienia, że szukamy siostry. W poszukiwaniach przeszkadzają nam rozmaite pułapki, wpadnięcie w które nieodmienne kończy się dla bohatera śmiercią. Ginie on na dziesiątki sposobów, zawsze pokazane na tyle realistycznie, na ile pozwala oprawa gry. Kiedy pierwszy raz wpadłem we wnyki i zobaczyłem fontannę krwi i odciętą głowę bohatera toczącą się po trawie – zaniemówiłem.

Jak już wspomniałem – tak naprawdę nic nie wiemy o bohaterze, o jego siostrze, o sytuacji w której się znaleźliśmy – i może właśnie dlatego zakończenie rodzi tyle pytań. Choć oczywiście można dość łatwo zbudować teorię na temat jego znaczenia i wymowy całej gry – wystarczy wiedzieć co oznacza tytuł i zastanowić się chwilkę nad tym co widzimy w tle podczas napisów końcowych.

Podsumowując: Polecam. Stumegabajtowe mistrzostwo świata. Wyszło zarówno na konsole, jak i na Windowsa / Maca. I kosztuje niewiele więcej niż bilet do kina.

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>