Dowiedziałem się jakiś czas temu, że do sieci wyciekł już pierwszy odcinek nowego sezonu Californication. Parę tygodni przed premierą, w ramach akcji „podgrzewamy atmosferę”. Mógłbym obejrzeć go teraz-zaraz. Ale nie chce mi się.
Skonstatowałem, że w ciągu ostatnich miesięcy zaliczyłem sporo prób wciągnięcia się w któryś z polecanych mi seriali. Wyliczam: kolejne nieudane podejścia do Firefly i Dextera (tego drugiego całe cztery odcinki obejrzałem, morda omal mi nie pękła od ziewania). Pół odcinka Sons of Anarchy. Po jednym epizodzie Misfits, Once upon a time i Fades, ze cztery odcinki Game of Thrones*). Wciąż nic ciekawego. Nic odkrywczego.
Dodajmy do tego coraz większe zaległości w Desperate Housewives (jeżu jeżu jakie to smutne co się stało z tym serialem) i HIMYM. Coraz bardziej wymuszony uśmiech (bo przecież nie śmiech) na TBBT. Zresztą – nawet zombie mnie już nie bawią (The Walking Dead skończyłem na s2e02)…
Nie wiem czy to ja mam jakiś przesyt, czy seriale jako formuła po prostu zaczynają się kończyć. Pamiętam jak parę lat temu można było usłyszeć bardzo popularny pogląd, że „dobrzy scenarzyści porzucili kino na rzecz telewizji i robią teraz seriale”. Wtedy wydawało się to prawdą, a tezę tą zdawała się potwierdzać moja podjarka towarzysząca oglądaniu pierwszego sezonu Desperatek i ekscytacja, która kazała mi taśmowo pochłaniać odcinki Oz. Jak świeży wydawał się nawet ten nieszczęsny Californication i jak genialny był Life! I naprawdę przez moment miałem wtedy to wrażenie, że „tutaj jest dużo dobrego”.
Teraz nie jestem w stanie przyswoić czterdziestominutowej fabułki wiedząc, że przed sobą mam jeszcze dwadzieścia odcinków, a w nieco dalszej perspektywie – pięć kolejnych sezonów. Nadal uważam, że pierwszy sezon Desperate Housewives był genialny, nadal wielbię na klęczkach twórców Life, wciąż potrafię obejrzeć sześć odcinków Frędsów z rzędu… Ale to, co się obecnie produkuje nie jest w stanie mnie zaciekawić.
I nawet mi nie proponujcie Losta albo Hałza. Lost to szczytowe osiągnięcie w dziedzinie „jak koncertowo spieprzyć fajny pomysł na fabułę”, a formuła House’a to góra sześć odcinków – potem zaczyna się chujowizna oglądana przez chujowych ludzi.
____________
*) Dostałem ostatnio do obowiązkowego przeczytania drugi tom cyklu Martina. O radości. Jest to dowód na to, że bóg istnieje i szczerze mnie nienawidzi.
A ja wciąż czekam na nowy sezon Damages, no i powracam z sentymentem do Boston Legal, który chyba nigdy mi się nie znudzi.
„Californication” to chujnia przecież… „Hung” jest porównywalny do niego ze wzgledu na temat, ale według mnie „C” nawet sie nie umywa sie do niego – „Hung” jest duzo lepszy.
A z nowosci moge Ci polecic „American Horror Story”. Są momenty ze czuć klimat jak u Kinga, chociaz im dalej w las tym bardziej serial zalicza zjazd w doł, wiec pewnie bedziesz marudził ;) ale warto moim zdaniem dac sie wciagnac.
Z seriali familijnych może spróbuj „Modern family” (bardzo specyficzny rodzaj humoru) i „Shameless” – ten serial mnie zarówno odrzuca jak i przyciąga.
A, i jeszcze jest „The Killing” (czyli skandynawska wersja Twin Peaks) z klimatem tak dobrym i gęstym ze mozna go kroic nozem.
Nie no – pierwszego sezonu Californication będę bronił. Za samą postać Charliego Runkle im się należą brawa. Te dwanaście odcinków to bardzo ładna zamknięta całość – ostatnie 30 sekund pierwszego sezonu autentycznie mnie wzruszyło.
Później faktycznie już tylko ruchanie i bucerka Duchovny’ego, rozejść się, nie ma co oglądać.
Hung to chyba kiedyś widziałem – to ten z Punisherem w roli głównej? Bez rewelacji. A Killing leży w tej samej kategorii co Modern Family, czyli „obejrzałem jeden odcinek, nie zażarło”.
Dla mnie „Californication” to od początku tylko i wyłącznie ruchanie i bucerka Duchovny’ego (nie przeszkadza Ci ze Hank jest tak bardzo cool? ;)
Sprawdz ten „American Horror Story” i powiedz co myslisz.
Nie twierdzę, że w pierwszym sezonie nie było bucerki i ruchania, ale tam było to tylko tłem. Poza tym – kiedy zobaczyłem pierwszą scenę tego serialu, moja mała, czarna, gówniarskoantyklerykalna duszyczka fiknęła koziołka z radości i z miejsca się zakochałem.
A czy jest cool? Nie wiem – nie mierzi mnie ta postać tak jak House (który, notabenes, też uprawia bucerkę w każdym odcinku).
Horror story obadam.
Szczerze? Zaskoczyłes mnie bardzo tym lubieniem „Californication.” Jak tylko zobaczyłam pierwsze odcinki pomyslalam sobie o głownym bohaterze „ten gosc jest tak bardzo cool, ze Semp by go pewnie opluł, wyrzygał a pózniej zapadł w półroczną depresję” – a tu masz ci los. ;)
A skoro lubisz „Californication” za Charliego Runkle to „Hung” powinien Ci sie spodabać ze względu na Tanyę Skagle – to jedna z najlepiej napisanych i zagranych kobiecych postaci w historii seriali ever („Desperate Housewives” mogą sie schować) i o ile mnie – słaba już – pamiec nie myli to ona chyba nie pojawia sie w pierwszym odcinku, wiec moze probuj dalej z tym serialem?
Znaczy tak:
Według mnie Desperate Housewives nie mają jakoś szczególnie dobrze napisanych postaci, siła tego serialu tkwiła raczej w fajnej intrydze pierwszego sezonu i umiejętnym budowaniu napięcia.
Obejrzałem cztery odcinki American Horror Story. Żadna rewelacja (może za bardzo się zasugerowałem tym co piszesz o „kingowym klimacie” – spodziewałem się czegoś w rodzaju Alana Wake, dostałem raczej Others). Niby całkiem spoko, ale nie wciągnęło mnie na tyle, żeby oglądać dalej.
Chyba naprawdę po prostu będę musiał sobie zrobić przerwę od seriali.
Deadwood synu, i Ian McShane w swojej nietuzinkowej osobie :) jeśli lubisz klimaty Red Dead Redamption of corse ;)
Weśmieniedenerwuj. Też próbowałem, też nie dałem rady. Chyba pół pierwszego sezonu wciągłem.
A Red Dead Redemption uwielbiam, więc nie wiem o co mi chodzi.